Sierpień 2017

Wydry uczyły się nawzajem, jak włamywać się do pojemników z jedzeniem

Sprytne wydry okazały się być zdolnymi obserwatorami i uczniami. Zwierzęta te potrafią kopiować cenne, nowe umiejętności od swoich towarzyszy. Naukowcy z Wielkiej Brytanii stwierdzili, że wydry polujące razem mogą uczyć się od swoich sąsiadów, jak rozbijać pojemniki z jedzeniem. Te, które polują samotnie i mieszkają w zamkniętej grupie, nie mogły się rozwijać w tym kierunku. Jest to pierwsza odnotowana sprawa edukacji społecznej wśród kunowatych. Artykuł na ten temat opublikowano w Royal Society Open Science.

 



Naukowcy przeprowadzili eksperymenty z czterema grupami wydr. Siedem z nich (pierwsza grupa) należało do gatunku wydr gładkowłosych (Lutrogale perspicillata), a odpowiednio pięć, sześć i sześć do trzech kolejnych grup, reprezentowanych przez wyderki orientalne (Amblonyx cinereus). Wszystkie cztery grupy otrzymały jedzenie (orzechy lub półskorupy), zamknięte w plastikowych pojemnikach. Niektóre pojemniki miały plastikowe klipsy lub zakrętki. Odkrycie tych elementów stwarzało pewne trudności osobnikom, która wcześniej nie napotkały takich rozwiązań.



Wydry gładkowłose we wszystkich przypadkach szpiegowały zachowanie sąsiadów, otwierając te same pojemniki. Zwierzęta szybko przyjęły metody usuwania zabezpieczeń pokrywy. Jednocześnie młode wydry spędzały sześć razy mniej czasu na kopiowaniu działań dorosłych niż starzejące się osobniki. Z kolei Amblonyx cinereus musiały poświęcić więcej czasu na otwieraniu pojemników. Nie naśladowały one swoich działań. To było niespodzianką, ale te stworzenia żyły w zamkniętej grupie. Wydaje się, że zwierzęta prospołeczne, jakimi są Lutrogale perspicillata, są skłonne do naśladowania użytecznych i pożytecznych zachowań swoich krewnych. Inaczej sytuacja wygląda u wydr orientalnych, które żyją w odizolowanych grupach.




W Houston w Teksasie jastrząb znalazł schronienie w taksówce od huraganu Harvey

Kierowca taksówki poszedł do sklepu kupić jedzenie przed katastrofą, a kiedy wrócił, zobaczył w kabinie samochodu ptaka drapieżnego. Przybysz nie chciał opuścić pojazdu.

 



Zabawny incydent miał miejsce w amerykańskim mieście Houston w Teksasie. Jastrząb wystraszył się huraganu i postanowił przeczekać kataklizm w taksówce. Nie opuścił wozu, pomimo usilnych starań kierowcy Williama Bruso, który wrócił z zakupami ze sklepu. Bruso zdecydował się zabrać jastrzębia do swojego domu, gdzie go karmił. Potem ptak został zabrany przez pracowników Ośrodka Ratowniczego dla Dzikich Zwierzętach. Harvey uznano za najpotężniejszy huragan ostatnich dwunastu lat w Stanach Zjednoczonych. Wcześniej w 2005 roku Katrina zalała i zniszczyła Nowy Orlean w Luizjanie. Zginęło wówczas piętnaście osób.


 

 




Koty uwielbiają, gdy głaskamy je po głowie

Amerykańscy naukowcy wyjaśniają, dlaczego koty kochają, gdy gładzimy je po głowie. Może im to przypominać zachowanie, związane z utrzymaniem higieny. Zwierzęta te uwielbiają się lizać i wygładzać sierść łapkami. Ponadto, pieszczoty w okolicach czoła i uszu mogą przypominać im kontakt z matką, która dotykała językiem ich mordki, kiedy te były kotkami i nie potrafiły same zadbać o siebie.

 



Dlatego chętnie mruczą, gdy właściciele stosują takie pieszczoty, bo w podświadomości zachowały dobre wspomnienia z pierwszego etapu życia. Jest to też ważne dla zwierząt z punktu widzenia higieny. W końcu trudno ogarnąć łapkami i językiem przedmiotową część ciała. Do wniosków takich doszedł Nicholas Dodman, profesor honorowy w Szkole Medycyny Weterynaryjnej na Uniwersytecie w Tufts. Jego kolega z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley dodał, że koty mają gruczoły zapachowe na czole, policzkach i podbródku. Trąc głową o coś, znaczą swoje terytorium. Działa to nie niezwykle kojąco i uspokajająco.



Hodowcy i właściciele, wchodząc w rolę „głaszczących głowę”, wzmacniają u kotów przeświadczenie, że im „matczą”. Koncentracja gruczołów zapachowych na kocich głowach jest stymulowana poprzez błyskotliwie pocieranie, które uwalnia niezwykle relaksujące zapachy dla tych stworzeń. Jest to dla nich bardzo istotne, bo koty uważają, że lizanie tych miejsc jest prawie niemożliwe. W dzieciństwie matki nękają też kocięta w ten sposób, aby dawać im znak i przypominać, że czas się zbierać.



 

 




Emmanuel Macron i jego starsza żona adoptowali psa

Prezydent Francji Emmanuel Macron i jego żona Brigitte wzięli ze schroniska psa, któremu nadano imię Nemo na cześć słynnego kapitana z powieści Julesa Verne'a. Labrador mieszkał dotychczas w przytułku w mieście Tulle w regionie Nowa Akwitania w departamencie Corrèze, informuje BFMTV. Teraz jego rezydencją będzie Pałac Elizejski.

 


Dwuletniemu psu, mieszańcowi gryfona i labradora, nadano imię Nemo na cześć legendarnego bohaterskiego kapitana, ceniącego wolność i przemierzającego świat w wymyślonej przez siebie łodzi podwodnej. Znamy go z powieści Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi i Tajemnicza Wyspa.



Nawiasem mówiąc, nie jest to pierwszy pies, który zamieszkał w Pałacu Elizejskim. Wcześniej można tam było spotkać m. in. czarnego labradora, którego poprzedni prezydent Francji Francois Hollande otrzymał od weteranów z Montrealu. Niektórzy twierdzą, że przygarnięcie czworonoga ze schroniska to ruch wizerunkowy, który ma poprawić notowania Emmanuela Macrona w sondażach.




Niemiec uwięził żółwia na łańcuchu w ogrodzie przed swoim domem i wyruszył na wakacje

Na miejsce zdarzenie przybyli obrońcy zwierząt i policja. Gad został „uwolniony z niewoli” i skonfiskowany.

 



W Dortmundzie jeden z mieszkańców uwięził żółwia na siedmiometrowym łańcuchu w ogrodzie przed swoim domem, robiąc wcześniej dziurę w jego skorupie. Mężczyzna udał się potem na trzytygodniowy urlop. Bezbronne zwierzę dojrzał przypadkowy przechodzień, który zadzwonił po pomoc do lokalnego ogrodu zoologicznego, podają lokalne media. Niektórzy sąsiedzi sugerowali, że pomysłowy hodowca chciał przymusić swojego ulubieńca do złożenia jaj. Obecnie skonfiskowany żółw trafił do kliniki weterynaryjnej. Nie wiadomo, jaką karę otrzyma właściciel za swój nieludzki wybryk.




W Rio de Janeiro setki ochotników przez całą noc ratowało młodego humbaka

Ponad trzysta osób mogło odetchnąć z wielką ulgą, gdy uwolnili młodego humbaka, który utknął na plaży Buzios (Rio de Janeiro). Ocalone zwierzę trafiło z powrotem do oceanu.

 


Na publikowanych w sieci filmach widać radość setek ludzi, którym udało się obrócić długopłetwca i przepchnąć go z powrotem do oceanu. Wielu ochotników nie mogło powstrzymać łez po 24-godzinnej walce o życie młodego humbaka.



Początkowo ratownicy uważali, że zwierzę nie przeżyje, ponieważ bardzo długo leżało bez wody. Na szczęście ssak odzyskał siły, zaczął pływać i rzucać ogonem. Kiedy dziesięciometrowy osobnik zniknął z pola widzenia, ludzie stojący na brzegu i w wodzie zaczęli dziękować sobie nawzajem za wykonaną pracę. Niektórzy przyznali nawet, że wydawało im się, że wieloryb machnął ogonem na pożegnanie.



Droga do zbawienia była długa i trudna. W akcji wzięło udział kilka koparek, które wykopały rów, aby nieszczęśliwiec miał dostęp do wody. Plan polegał na wykopaniu kanału, który wypełnił się podczas przypływu, aby morski ssak mógł samodzielnie wydostać się z pułapki.




Mieszkaniec Houston po powodzi łapał ryby w swoim mieszkaniu

Mieszkająca w Houston Viviana Saldana, zamieściła ciekawy film na swoim profilu na Facebooku. Na nagraniu widać, jak jej mąż łapie ryby gołymi rękami w salonie.

 



„Po co szukać żywności, jeżeli jedzenie samo przypłynęło do naszego pokoju? Przekażcie tą wiadomość dalej” -  pisała Viviana, odnosząc się do grupy swoich odbiorców.



W ciągu kilku godzin film zgromadził ponad 30 tysięcy wyświetleń i ponad 300 tysięcy komentarzy. Przypomnijmy, że największe miasto stanu Texasu Houston zostało zalane wodą z powodu huraganu, najsilniejszego w ciągu ostatnich 12 lat. Według najnowszych danych, zginęło co najmniej pięć osób.




Niestraszny i nieszkodliwy, ale duży i długi, jak wąż

„Dzisiaj spotkałam strasznego gościa w ogrodzie. Widzę coś takiego po raz pierwszy. Co to jest?” - pyta Iweta na Facebooku. Użytkownicy sieci społecznościowej w komentarzach stwierdzili, że to wąż lub jakieś inne groźne zwierzę. W rzeczywistości jest to ogromny ślimak. Według malakologów, „ani on straszny, ani szkodliwy”.

 



Podobnie jak inne ślimaki, ogromny pomrów wielki może osiągać długość nawet 20 centymetrów i nie jest gatunkiem miejscowym. W Polsce i w krajach bałtyckich zamieszkuje od co najmniej stu lat. Znaleźć go można w ogrodach, parkach i piwnicach domów. Nie przynosi żadnej krzywdy, ale może przerazić mieszkańca miasta, który widział ślimaki tylko w sklepie.



Pomrowy żywią się martwymi i uszkodzonymi roślinami. Często buszują w kompostownikach. Duże osobniki potrafią żyć nawet pięć lat. Istota pokryta czarnymi plamami ma krewnego - ciemny ślimak, który żyje w starych lasach.



„Żaden z ślimaków, które funkcjonują obok nas, nie są wpisane do Czerwonej Księgi” – twierdzą malakolodzy. W Europie Wschodniej  i Środkowej stwierdzono występowanie dziesiątków ślimaków. Niektóre od zawsze występują lokalnie, a niektóre pojawiły się w wyniku działalności człowieka. Uwaga przyciąga biały ślimak, który przybył do nas koleją i zamieszkuje tereny blisko torów.



Pomrowy są większe od czerwonych i czarnych ślimaków, które dorastają do 10 centymetrów. Większość ślimaków żywi się roślinami, ale zdarza się, że nie pogardzą padliną. Jedzą też grzyby i porosty. Ślimak hibernuje w miejscach, które nie zamarzają. Najczęściej wczołgują się do piwnic domów, chowają się pod stosami opadłych liści. Znajdowane są także w pniach drzew oraz w norach. Lubią się też ze sobą łączyć. W trakcie krycia obydwa osobniki spełniają funkcje zarówno samic, jak i samców (każdy z nich jest hermafrodytą). Ślimaki składają zwykle od 20 do 60 jaj.

 

 




Podczas zaćmienia słońca zwierzęta zdawały się być jakby szalone

Podczas zaćmienia słońca, zdaniem pracowników niektórych amerykańskich ogrodów zoologicznych, zwierzęta zachowywały się inaczej niż zwykle, tzn. tak, jakby były zagubione. Zmiany dostrzegli także zwykli mieszkańcy. Niektórzy Amerykanie, kiedy oglądali zjawisko, widzieli jakieś „świetliki pojawiające się znikąd”. Ponadto słychać było ryczenie niektórych zwierząt, na przykład krów. Owady również popadły w „szał”.

 



W Los Angeles biuro jednej firmy zostało zaatakowane przez pszczoły. Najprawdopodobniej nie mogły poruszać się w warunkach nagłej ciemności, chociaż, jak wiadomo pszczoły widzą niewidoczne dla człowieka promieniowanie podczerwone. Szczególnie bardzo aktywne były krokodyle w zoo w Memphis. Warto zauważyć, że zaćmienie było obserwowane tam nie w całości, ale tylko o 93%. Żyrafy z kolei postanowiły ukryć się w swoich wielkich budach, a niedźwiedzie praktycznie się nie ruszały, zamieniając się w posągi. W rezerwatach jamajskich, gdzie tarcza słoneczna została zasłonięta w 72% przeciwnie, zapadła grobowa cisza. Ptaki i zwierzęta w jednej chwili przestały wydawać dźwięki.

 

 




Kangur uderzył dziecko w twarz

W Australii w Melbourne ogrodzie zoologicznym Glen Waverley kangur zaatakował nastolatka, który próbował go nakarmić. Dziecko stanęło zbyt blisko „boksera” – podaje portal UPI.



Skacząca bestia uderzyła ucznia w twarz. Na szczęście chłopak nie odniósł poważniejszych obrażeń. Kangur pokazał, że ma mocny „lewy sierpowy cios”. Na twarzy młodzieńca pojawił się siniak, ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze.